wtorek, listopad 10, 2009
6
piątek, listopad 06, 2009
14
Dożynanie kultury Balcerowiczem
Leszek Balcerowicz jest mistrzem ekonomii, na tle innych polityków błyszczy ogładą i erudycją, lecz kultury - rozumianej szerzej - nie pojmuje za grosz. I lepiej, żeby się na jej temat nie wypowiadał, gdyż plecie redukcjonistyczne androny.
Wywiad zamieszczony w "Gazecie Wyborczej" bije po oczach tytułem: "Balcerowicz: uwolnić kulturę". Tytuł mylący podwójnie. Po pierwsze twórca wolnorynkowej reformy nic nie chce tym razem uwalniać, ale raczej dożynać. Akurat poziom publicznych wydatków na kulturę lokuje Polskę w w ogonie Europy. Tu trzeba kroplówki.
Po drugie, żadnego wolnościowego frontu Balcerowicz nie otwiera, bo jeśli ktoś za nim stoi, to rozproszeni wyznawcy libertariańskiej utopii. Wyczerpują swą aktywność w dyskusjach i polemikach, a nie sensu stricto mobilizującej masy politycznej ruchliwości. Zatem nie ma czymś się przejmować? Nie do końca. W dobie kryzysu głos osobistości o takiej reputacji brzmi donośniej. Podpiszą się pod nim ci, którzy bojąc się krachu wolą ciąć państwowe wydatki, gdzie się tylko da.
Po drugie, żadnego wolnościowego frontu Balcerowicz nie otwiera, bo jeśli ktoś za nim stoi, to rozproszeni wyznawcy libertariańskiej utopii. Wyczerpują swą aktywność w dyskusjach i polemikach, a nie sensu stricto mobilizującej masy politycznej ruchliwości. Zatem nie ma czymś się przejmować? Nie do końca. W dobie kryzysu głos osobistości o takiej reputacji brzmi donośniej. Podpiszą się pod nim ci, którzy bojąc się krachu wolą ciąć państwowe wydatki, gdzie się tylko da.
Z gruntu liberalne traktowanie przez Leszka Balcerowicza kultury budzi sprzeciw, bo jak każde ideologiczne odchylenie kłóci się ze zdrowym rozsądkiem. Wedle liberalnych dogmatów byłoby lepiej dla obywateli, kultury i państwa, gdyby to ostatnie z łożenia na twórców i odbiorców kultury sukcesywnie się wycofywało.
Zamiast państwowych pieniędzy pojawiłyby prywatne. Lepiej i sensowniej wydawane. Kto da głowę, że taki mechanizm zadziała skutecznie? To, że że państwo jest niewydolne i przywykłe do marnotrawienia pieniędzy, nie oznacza że jego funkcję przejmie rosnąca rzesza sponsorów. W taką zależność nie wierzę. Balcerowicz? A jakże, wierzy.
Nie ma powodów, żeby w kulturze obowiązywały prawa ekonomii - przekonuje profesor. Racja, tylko dlaczego mamy je absolutyzować kosztem innych praw? Gdyby ekonomia miała decydujący głos w sprawie jakości naszego kształcenia, organizacji życia społecznego, moglibyśmy urządzić sobie rzeczywistość bez wsparcia psychologii społecznej, socjologii, edukacji, pedagogiki i wielu innych nauk.
Nic dziwnego, że pojęcie dobra publicznego jest dla Balcerowicza niejasne. Aby próbować je zrozumieć, trzeba ściągnąć końskie okulary doktrynera. Balcerowicz zawęża zakres powinności państwa wobec obywateli. Idealizuje i ogranicza wzajemne relacje do relacji czysto ekonomicznych.
Czy zatem istotnym problem z balcerowiczowskiej perspektywy jest zjawisko wtórnego analfabetyzmu, albo potwierdzony sondażami fakt, iż 60 procent Polaków przyznaje się do nieuczestnictwa w kulturze? Czy dostrzega on, pomiędzy tym problemem, a niskim kapitałem społecznym Polaków związek przyczynowo-skutkowy? Wreszcie, co ma do powiedzenie na temat pogłębiającego się deficytu kulturowych kompetencji i wiedzy wśród młodego pokolenia (vide: zapaść w gimnazjach i poziom egzaminu maturalnego)?
Ciekawe, na ile zmieniłby zdanie, gdyby został szefem galerii w prowincjonalnym domu kultury. Kierując się prymatem zysku pewnie zamieniłby ten przybytek w solarium lub salon gier. Chociaż nie, taka osobistość jak on, w prowincjonalnym mieście nie miałaby problemu z pozyskaniem sponsorów. A inni?
Zabierają głos, piszą choćby manifest "Niezależnej Rewolucji Kulturalnej"
Czy zatem istotnym problem z balcerowiczowskiej perspektywy jest zjawisko wtórnego analfabetyzmu, albo potwierdzony sondażami fakt, iż 60 procent Polaków przyznaje się do nieuczestnictwa w kulturze? Czy dostrzega on, pomiędzy tym problemem, a niskim kapitałem społecznym Polaków związek przyczynowo-skutkowy? Wreszcie, co ma do powiedzenie na temat pogłębiającego się deficytu kulturowych kompetencji i wiedzy wśród młodego pokolenia (vide: zapaść w gimnazjach i poziom egzaminu maturalnego)?
Ciekawe, na ile zmieniłby zdanie, gdyby został szefem galerii w prowincjonalnym domu kultury. Kierując się prymatem zysku pewnie zamieniłby ten przybytek w solarium lub salon gier. Chociaż nie, taka osobistość jak on, w prowincjonalnym mieście nie miałaby problemu z pozyskaniem sponsorów. A inni?
Zabierają głos, piszą choćby manifest "Niezależnej Rewolucji Kulturalnej"
środa, listopad 04, 2009
4
Spacerownik po innym Wrocławiu
Przewodnik po wrocławskich giełdach rzeczy używanych, galeriach, ekobazarach, knajpach dla wegetarian i klubach oferujących zdecydowanie więcej niż piwo i empetrójki puszczane przez barmana? Why not? Taki spacerownik dla uważnego, świadomego konsumenta ma być gotowy tej jesieni - czytam w GW. (jedna z niewielu dobrych wieści; ewidentnie prasa ma na nie alergię).
Skromna inicjatywa, a zdecydowanie cieszy. Na razie możemy korzystać z internetowej wersji przewodnika. Odnoszę wrażenie, że miejsc o takiej - określę je mianem alternatywnej - proweniencji jest na mapie Wrocławia coraz więcej i to one - z niewielkim, jak się zdaje udziałem miejskich włodarzy - sprawiają, że Wrocław emanuje twórczym fermentem. Dobrze się stało, że ktoś te miejsca policzy i opisze. Czy potencjał tych wszystkich klubów, lokali, projektów, się zsumuje i osiągnie masę krytyczną, doprowadzając do zmiany, którą poczują/doświadczą nie tylko posiadacze przewodnika? No to jednak trzeba lat.
Skromna inicjatywa, a zdecydowanie cieszy. Na razie możemy korzystać z internetowej wersji przewodnika. Odnoszę wrażenie, że miejsc o takiej - określę je mianem alternatywnej - proweniencji jest na mapie Wrocławia coraz więcej i to one - z niewielkim, jak się zdaje udziałem miejskich włodarzy - sprawiają, że Wrocław emanuje twórczym fermentem. Dobrze się stało, że ktoś te miejsca policzy i opisze. Czy potencjał tych wszystkich klubów, lokali, projektów, się zsumuje i osiągnie masę krytyczną, doprowadzając do zmiany, którą poczują/doświadczą nie tylko posiadacze przewodnika? No to jednak trzeba lat.
niedziela, listopad 01, 2009
2
internet=hazard?
Użytkowników nowych technologii wiedzie często ten sam instynkt, który motywuje do grania na jednorękich bandytach - oby opinia Toma Stafforda, psychologa kognitywnego z uniwersytetu w Sheffield, nie dotarła do doradców Donalda Tuska. W antyhazardowym uniesieniu, pisząc ustawę, premier gotów dołożyć podatek dostawcom internetowych usług oraz dobrać się do skóry internautom.
sobota, październik 31, 2009
6
Dlaczego?
Odpalam komputer i surfuje - jak tysiące innych - po onecie albo gazecie.pl? Oglądam głupie filmiki? A jakże. Wiem jednak, że sieć służy wymianie, zatem by korzystać z niej z pożytkiem, muszę coś w jej czeluście wrzucić: napisać, zaproponować link, skomentować itp. itd. Mam taką potrzebę: estetyczną, poznawczą, społeczną. Czy większość pojmuje jaki potencjał w necie tkwi? Dlaczego kończą swą podróż, lądując na rafie Naszej Klasy lub piratując namiętnie hollywoodzkie hity?
Nie byłoby Wikipedii, ruchu open source, Creative Commons i wielu innych internetowych przedsięwzięć bez optymistycznej filozofii, że jednak kooperacja ma sens. Dobrze, że przynajmniej przyjęły się u nas zagraniczne serwisy społecznościowe, które popychają rozumienie tej kwestii.
Z naszej ułomnej perspektywy, Shareable.net prezentuje się jak wybryk natury. Serwis służy wymianie rad, projektów, historii, które bazują na doświadczeniu współdziałania oraz dzielenia się. Jest angielskojęzyczny, jak większość podobnych portali - unaocznia dzielącą nas od Zachodu przepaść: nie tyle językową. Mentalną.
piątek, październik 23, 2009
6
Kazik, piraci i agonia dinozaurów
Dorzucam swoje 12 groszy do relacji z debaty "Artyści vs. Ściągacze...", którą Mirosław Filiciak zamieścił na Kulturze 2.0 .
Nie piszę ze współczucia dla artystów, którzy padają ofiarą piratów, choć takowe współczucie i zrozumienie dla nich mam. Piszę, bo nie udziela mi się królujący w mediach klimat antypirackiej krucjaty. Budzi we mnie opór stosowanie dużego moralnego kwantyfikatora: do jednego worka wrzucamy ściągających na własny użytek i tych którzy kopiują, żeby ściągnięte treści sprzedawać. Trudno kibicować komuś, kto apelując: nie sięgajcie po znalezione w necie - chce zakazać, napiętnować, wsadzić do więzienia, wyplenić raz na zawsze i zadekretować święty spokój.
Trzymajmy się faktów. Internauci korzystają z sieci różnie: mądrze, głupio, do celów słusznych, eksperymentując albo kradnąc. Ale czy jest złodziejem ten, kto "ściągnął", a potem kupił w sklepie? Czy te czyny traktować oddzielnie, a może układają się one w sensowną, wymagającą uwzględnienia, całość?
Że piracki proceder - patrząc zdroworozsądkowo - jest złodziejskiej proweniencji i że domaga się reakcji nie ulega wątpliwość. Prostota tej diagnozy nie oznacza, że najlepszym antidotum jest metoda cepa.
Podobnie jak za czasów Gutenberga, potem stulecia pary i stali, i teraz - w dobie cyfrowej rewolucji - wiele regulacji prawnych przestaje mieć rację bytu. Martwe, nie przystają do realiów. Co można zatem zrobić rozsądnego? Ucierać w legislacyjnym trudzie (uwzględniając konflikt interesów) przepisy, bardziej adekwatne do wymagań nowych czasów.
Czasem mam wrażenie, że artyści domagający się przykładnego karania za ściąganie muzyki są - jak nie przymierzając- działkowcy, który mieliby apelować o wprowadzenie w całym kraju godziny policyjnej, bo ktoś kradnie im jabłka.
Zachowajmy trzeźwość umysłu. Czy w związku z tym, że internet w swojej istocie służy do "wymiany" mamy wszyscy czuć się jak potencjalni przestępcy? Co Kazik sądzi o pomyśle reglamentowania dostępu do internetu jak ma to się np. z bronią palną? Wówczas miałby święty spokój, nikt nie okradałby go z ciężko zarobionych pieniędzy.
Swoją drogą, artyści żyją nie tylko ze sprzedaży płyt, ale także z tantiem i koncertów. Obok gwiazd i celebrytów żyją outsiderzy, nie wiążący końca z końcem. Ale ich los nie spoczywa w rękach piratów. Ci bywają częściej chłopcami do bicia, w przypadku Kazika, mam wrażenie, gwarantującymi większy rozgłos*
A co do firm płytowych, nie ma wątpliwości: są mniej innowacyjne, bardziej biurokratyczne, a więc zainteresowane trwaniem status quo. Spotka ich los dinozaurów - prędzej wymrą niż ewoluują. Uwolnią przestrzeń dla tych, którzy potrafią odczytać znaki czasów, ujarzmią nowe siły i ich innowacyjny potencjał. Czy doprawdy trudno jest zauważyć, że świat się nieustannie zmienia? Symbolem XXI w. nie jest gramofon, ani radio i telewizor. Płyta CD też odchodzi do lamusa.
Nie piszę ze współczucia dla artystów, którzy padają ofiarą piratów, choć takowe współczucie i zrozumienie dla nich mam. Piszę, bo nie udziela mi się królujący w mediach klimat antypirackiej krucjaty. Budzi we mnie opór stosowanie dużego moralnego kwantyfikatora: do jednego worka wrzucamy ściągających na własny użytek i tych którzy kopiują, żeby ściągnięte treści sprzedawać. Trudno kibicować komuś, kto apelując: nie sięgajcie po znalezione w necie - chce zakazać, napiętnować, wsadzić do więzienia, wyplenić raz na zawsze i zadekretować święty spokój.
Trzymajmy się faktów. Internauci korzystają z sieci różnie: mądrze, głupio, do celów słusznych, eksperymentując albo kradnąc. Ale czy jest złodziejem ten, kto "ściągnął", a potem kupił w sklepie? Czy te czyny traktować oddzielnie, a może układają się one w sensowną, wymagającą uwzględnienia, całość?
Że piracki proceder - patrząc zdroworozsądkowo - jest złodziejskiej proweniencji i że domaga się reakcji nie ulega wątpliwość. Prostota tej diagnozy nie oznacza, że najlepszym antidotum jest metoda cepa.
Ta walka pachnie donkiszoterią, jest mało romantyczna. Nie może prowadzić do zanegowania gigantycznej cyfrowej rewolucja, która - a jakże - także "złodziei" powołuje do życia. To rewolucja równie potężna jak industrialna, która przeorała dziewiętnastowieczny krajobraz, nad dachy sielskich domów wynosząc fabryczne kominy.
Podobnie jak za czasów Gutenberga, potem stulecia pary i stali, i teraz - w dobie cyfrowej rewolucji - wiele regulacji prawnych przestaje mieć rację bytu. Martwe, nie przystają do realiów. Co można zatem zrobić rozsądnego? Ucierać w legislacyjnym trudzie (uwzględniając konflikt interesów) przepisy, bardziej adekwatne do wymagań nowych czasów.
Czasem mam wrażenie, że artyści domagający się przykładnego karania za ściąganie muzyki są - jak nie przymierzając- działkowcy, który mieliby apelować o wprowadzenie w całym kraju godziny policyjnej, bo ktoś kradnie im jabłka.
Zachowajmy trzeźwość umysłu. Czy w związku z tym, że internet w swojej istocie służy do "wymiany" mamy wszyscy czuć się jak potencjalni przestępcy? Co Kazik sądzi o pomyśle reglamentowania dostępu do internetu jak ma to się np. z bronią palną? Wówczas miałby święty spokój, nikt nie okradałby go z ciężko zarobionych pieniędzy.
Swoją drogą, artyści żyją nie tylko ze sprzedaży płyt, ale także z tantiem i koncertów. Obok gwiazd i celebrytów żyją outsiderzy, nie wiążący końca z końcem. Ale ich los nie spoczywa w rękach piratów. Ci bywają częściej chłopcami do bicia, w przypadku Kazika, mam wrażenie, gwarantującymi większy rozgłos*
A co do firm płytowych, nie ma wątpliwości: są mniej innowacyjne, bardziej biurokratyczne, a więc zainteresowane trwaniem status quo. Spotka ich los dinozaurów - prędzej wymrą niż ewoluują. Uwolnią przestrzeń dla tych, którzy potrafią odczytać znaki czasów, ujarzmią nowe siły i ich innowacyjny potencjał. Czy doprawdy trudno jest zauważyć, że świat się nieustannie zmienia? Symbolem XXI w. nie jest gramofon, ani radio i telewizor. Płyta CD też odchodzi do lamusa.
Co artystom - szukającym nowych dźwięków w niezmierzonym sonicznym kosmosie - przeszkadza równie twórczo eksperymentować ze sposobami zarabiania na własnej twórczości? Redaktor "Wired" Chris Anderson udostępniał swą książkę "Free" za darmo w necie. Pomimo to papierowa wersja "Free" wylądowała na liście bestsellerów "New York Timesa". Anderson zarabia krocie na wykładach. Niektóre zespoły sprzedają muzykę w sieci, jako bilet wstępu na koncert. Inni udostępniają ją za darmo, choćby poprzez popularny serwis Jamendo, spodziewając się także zysków z występów na żywo.
Bycie artystą pociąga za sobą ogromne ryzyko. Tak było od wieków i tak będzie. Internet ową prawdę aktualizował do naszych czasów.
Updated: Illegal downloaders buy the most music.
niedziela, październik 18, 2009
5
Śmierć śmiga wypasioną bryką
Gdy media donoszą o wypadku drogowym, dorzucają zwyczajowo: "policja apeluje do kierowców". Mowa trawa, manta powtarzana bezradnie - bez wyraźnego efektu. W ten weekend 16 zabitych pieszych - policzyła Gazeta.pl. I co z tego?
Nawet gigantyczny elektroniczny zegar zawieszony nad centralnymi placami wszystkich miast, migający ciągiem cyfr, które informują o rosnącej lawinowo liczbie ofiar, nie przemówi do wyobraźni. Racja, przecież bardziej boimy się świńskiej grypy.
Podobno na w całym świecie w motoryzacyjnych wypadkach zginęło więcej ludzi niż podczas ostatnich wojen. Czy da się to wyobrazić? Mam wątpliwości, jak bardzo w tym przypadku mają znaczenie nasza wyobraźnia i rozsądek. Jak indywidualne nastawienie - sumując się w nikły społeczny margines - ma się do krwawego żniwa, które zbiera motoryzacyjna mania zniewalająca masy.
Może płacimy oczywisty haracz za - powszechną fiksację na punkcie szybkości, dostępności, bycia na czas oraz - nie sposób zapomnieć - luksusu? Dorzućmy do tego przekazywane od kołyski zamiłowanie do samochodów.
Podobno na w całym świecie w motoryzacyjnych wypadkach zginęło więcej ludzi niż podczas ostatnich wojen. Czy da się to wyobrazić? Mam wątpliwości, jak bardzo w tym przypadku mają znaczenie nasza wyobraźnia i rozsądek. Jak indywidualne nastawienie - sumując się w nikły społeczny margines - ma się do krwawego żniwa, które zbiera motoryzacyjna mania zniewalająca masy.
Może płacimy oczywisty haracz za - powszechną fiksację na punkcie szybkości, dostępności, bycia na czas oraz - nie sposób zapomnieć - luksusu? Dorzućmy do tego przekazywane od kołyski zamiłowanie do samochodów.
Każdy widział twarz malucha wpatrujące się po raz pierwszy, na poły świadomie, w wielkie, hałaśliwe i lśniące maszyny. Fascynuje zawsze to, co niepojęte, co nas przerasta i bywa zagrożeniem.