PERTURBACJE

AvatarKULTURA-POLITYKA-MEDIA

Politycy uzależnieni od hazardu

Klamka zapadła i niedługo rozpocznie się eksportowa wywózka jednorękich bandytów z naszych barów, pubów i blaszaków do krajów, których nie nawiedziła antyhazardowa krucjata.
Sprinterskie tempo z jakim parlament przeforsował ustawę musi budzić i podziw, i zastanowienie: dlaczego innych słusznych przepisów nasi politycy nie potrafią równie szybko uchwalić?
Dlaczego inne projekty grzęzną na długie miesiące i lata w sejmowych kazamatach, a ich legislacja się gorsząco ślimaczy? Pewnie długa ich lista jest gdzieś do wglądu na internetowych stronach sejmu.

Że niby tym razem posłom udzieliło się "wzmożenie moralne"? Jakoś nie dostrzegłem go w społeczeństwie: żadnej ekscytacji, żadnych wielkich oczekiwania, że ktoś w końcu dobierze się do skóry hazardowym pasożytom i kusicielom.
Wiem, wiem, problemu nie wolno bagatelizować. Ale myślałem, że politycy w pierwszej kolejności wezmą się za te sprawy, które mieli wypisane w programach wyborczych. Tu zastanawia tempo i łatwość, z jakim o swoich obietnicach zapominają.

Autumn: too much worries about little things

Czytam więcej książek i słucham więcej muzyki. Jesienią nagle się odnajdują zgubione godziny. W ogóle, gdy zmierzcha się szybciej i chłód zagania między mury, proste przyjemności bardziej cieszą. Nadrabiam zaległości. Take it easy - śpiewa Emily Wells. Nie zamierzam się kłócić.







Odkryte niedawno Dokaka porównałbym z elektrowstrząsami. To zwariowany japoński band, poraził parę osób, ze mną włącznie. Krótko się broniłem. Poległem i stan ten sobie chwalę.




Free music archive - nieoceniony skarbiec. Coś dla szperaczy i bezrobotnych melomanów. W morzu muzyki perełka: Pregnant. Nie wiem skąd się wzięli, jakie chochliki hasają im we łbach, czym kuszą i zwodzą. Spłodzili bajecznie schizofreniczną muzykę. Dźwiękowy miszmasz nadtrawiony kwasem: lo-fi, jazz, folk, electronika, blues, garaż, americana. Na koncerty wożą ich pewnie w aksamitnych kaftanach w szkocką kratę .


Nowy Wspaniały Świat

Było hucznie. Ciekawe, czy będą też serwować food not bomb. Na razie jest śmietanka.

Dożynanie kultury Balcerowiczem

Leszek Balcerowicz jest mistrzem ekonomii, na tle innych polityków błyszczy ogładą i erudycją, lecz kultury - rozumianej szerzej - nie pojmuje za grosz. I lepiej, żeby się na jej temat nie wypowiadał, gdyż plecie redukcjonistyczne androny.




Wywiad zamieszczony w "Gazecie Wyborczej" bije po oczach tytułem: "Balcerowicz: uwolnić kulturę". Tytuł mylący podwójnie. Po pierwsze twórca wolnorynkowej reformy nic nie chce tym razem uwalniać, ale raczej dożynać. Akurat poziom publicznych wydatków na kulturę lokuje Polskę w w ogonie Europy. Tu trzeba kroplówki.
Po drugie, żadnego wolnościowego frontu Balcerowicz nie otwiera, bo jeśli ktoś za nim stoi, to rozproszeni wyznawcy libertariańskiej utopii. Wyczerpują swą aktywność w dyskusjach i polemikach, a nie sensu stricto mobilizującej masy politycznej ruchliwości. Zatem nie ma czymś się przejmować? Nie do końca. W dobie kryzysu głos osobistości o takiej reputacji brzmi donośniej. Podpiszą się pod nim ci, którzy bojąc się krachu wolą ciąć państwowe wydatki, gdzie się tylko da.

Z gruntu liberalne traktowanie przez Leszka Balcerowicza kultury budzi sprzeciw, bo jak każde ideologiczne odchylenie kłóci się ze zdrowym rozsądkiem. Wedle liberalnych dogmatów byłoby lepiej dla obywateli, kultury i państwa, gdyby to ostatnie z łożenia na twórców i odbiorców kultury sukcesywnie się wycofywało.


Zamiast państwowych pieniędzy pojawiłyby prywatne. Lepiej i sensowniej wydawane. Kto da głowę, że taki mechanizm zadziała skutecznie? To, że że państwo jest niewydolne i przywykłe do marnotrawienia pieniędzy, nie oznacza że jego funkcję przejmie rosnąca rzesza sponsorów. W taką zależność nie wierzę. Balcerowicz? A jakże, wierzy.



Nie ma powodów, żeby w kulturze obowiązywały prawa ekonomii - przekonuje profesor. Racja, tylko dlaczego mamy je absolutyzować kosztem innych praw? Gdyby ekonomia miała decydujący głos w sprawie jakości naszego kształcenia, organizacji życia społecznego, moglibyśmy urządzić sobie rzeczywistość bez wsparcia psychologii społecznej, socjologii, edukacji, pedagogiki i wielu innych nauk.

Nic dziwnego, że pojęcie dobra publicznego jest dla Balcerowicza niejasne. Aby próbować je zrozumieć, trzeba ściągnąć końskie okulary doktrynera. Balcerowicz zawęża zakres powinności państwa wobec obywateli. Idealizuje i ogranicza wzajemne relacje do relacji czysto ekonomicznych.
Czy zatem istotnym problem z balcerowiczowskiej perspektywy jest zjawisko wtórnego analfabetyzmu, albo potwierdzony sondażami fakt, iż 60 procent Polaków przyznaje się do nieuczestnictwa w kulturze? Czy dostrzega on, pomiędzy tym problemem, a niskim kapitałem społecznym Polaków związek przyczynowo-skutkowy? Wreszcie, co ma do powiedzenie na temat pogłębiającego się deficytu kulturowych kompetencji i wiedzy wśród młodego pokolenia (vide: zapaść w gimnazjach i poziom egzaminu maturalnego)?
Ciekawe, na ile zmieniłby zdanie, gdyby został szefem galerii w prowincjonalnym domu kultury. Kierując się prymatem zysku pewnie zamieniłby ten przybytek w solarium lub salon gier. Chociaż nie, taka osobistość jak on, w prowincjonalnym mieście nie miałaby problemu z pozyskaniem sponsorów. A inni?

Zabierają głos, piszą choćby manifest "Niezależnej Rewolucji Kulturalnej"

Spacerownik po innym Wrocławiu

Przewodnik po wrocławskich giełdach rzeczy używanych, galeriach, ekobazarach, knajpach dla wegetarian i klubach oferujących zdecydowanie więcej niż piwo i empetrójki puszczane przez barmana? Why not? Taki spacerownik dla uważnego, świadomego konsumenta ma być gotowy tej jesieni - czytam w GW. (jedna z niewielu dobrych wieści; ewidentnie prasa ma na nie alergię).

Skromna inicjatywa, a zdecydowanie cieszy. Na razie możemy korzystać z internetowej wersji przewodnika. Odnoszę wrażenie, że miejsc o takiej - określę je mianem alternatywnej - proweniencji jest na mapie Wrocławia coraz więcej i to one - z niewielkim, jak się zdaje udziałem miejskich włodarzy - sprawiają, że Wrocław emanuje twórczym fermentem. Dobrze się stało, że ktoś te miejsca policzy i opisze. Czy potencjał tych wszystkich klubów, lokali, projektów, się zsumuje i osiągnie masę krytyczną, doprowadzając do zmiany, którą poczują/doświadczą nie tylko posiadacze przewodnika? No to jednak trzeba lat.



internet=hazard?

Użytkowników nowych technologii wiedzie często ten sam instynkt, który motywuje do grania na jednorękich bandytach - oby opinia Toma Stafforda, psychologa kognitywnego z uniwersytetu w Sheffield, nie dotarła do doradców Donalda Tuska. W antyhazardowym uniesieniu, pisząc ustawę, premier gotów dołożyć podatek dostawcom internetowych usług oraz dobrać się do skóry internautom.

Dlaczego?

Odpalam komputer i surfuje - jak tysiące innych - po onecie albo gazecie.pl? Oglądam głupie filmiki? A jakże. Wiem jednak, że sieć służy wymianie, zatem by korzystać z niej z pożytkiem, muszę coś w jej czeluście wrzucić: napisać, zaproponować link, skomentować itp. itd. Mam taką potrzebę: estetyczną, poznawczą, społeczną. Czy większość pojmuje jaki potencjał w necie tkwi? Dlaczego kończą swą podróż, lądując na rafie Naszej Klasy lub piratując namiętnie hollywoodzkie hity?


Nie byłoby Wikipedii, ruchu open source, Creative Commons i wielu innych internetowych przedsięwzięć bez optymistycznej filozofii, że jednak kooperacja ma sens. Dobrze, że przynajmniej przyjęły się u nas zagraniczne serwisy społecznościowe, które popychają rozumienie tej kwestii.


Z naszej ułomnej perspektywy, Shareable.net prezentuje się jak wybryk natury. Serwis służy wymianie rad, projektów, historii, które bazują na doświadczeniu współdziałania oraz dzielenia się. Jest angielskojęzyczny, jak większość podobnych portali - unaocznia dzielącą nas od Zachodu przepaść: nie tyle językową. Mentalną.